Afganistan – koniec wojny, początek chaosu?

Skomentuj
fot. IRIN
fot. IRIN

Wojna w Afganistanie, po 12 latach, zbliża się powoli do końca. To fakt, który – choć bez wątpienia ważny dla wielu ludzi, zarówno w USA i Europie, jak i w samym Afganistanie – jakoś nie istnieje w głównym nurcie medialnym na Zachodzie. A już z pewnością nie jest to informacja z kategorii „breaking news”. Dzieje się tak, bo z jednej strony nie ma się czym chwalić (ten konflikt nie zakończy się zdecydowanym sukcesem), a z drugiej – wojna afgańska jako taka już dawno przestała być nośnym tematem medialnym i powraca na pierwsze strony portali informacyjnych i wiadomości TV tylko wtedy, gdy gdzieś w Afganistanie dojdzie do wyjątkowo krwawego ataku.

Czy jednak owo sformułowanie: „koniec wojny” – jest w pełni zasadne i oddaje strategiczną rzeczywistość afgańską? Niestety, niezupełnie! Za półtora roku dla większości państw członkowskich Sojuszu Północnoatlantyckiego, zaangażowanych w operację ISAF (International Security Assistance Force) pod szyldem NATO, konflikt ten faktycznie dobiegnie końca. Ich wojska wycofają się (przynajmniej w zdecydowanej większości), żołnierze z USA i Europy przestaną ginąć gdzieś pod Hindukuszem, a opinia publiczna przestanie wreszcie wywierać na polityków tak irytującą ich presję. I mało kogo na Zachodzie obchodzić będzie fakt, że wojna afgańska – będąca już dziś najdłuższą wojną, jaką Europa i Stany Zjednoczone prowadziły w swej najnowszej historii – nie zostanie zaliczona w poczet zwycięskich kampanii ani NATO, ani żadnego z jego poszczególnych członków. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że koniec zaangażowania bojowego NATO w Afganistanie nie będzie oznaczał zakończenia wojny ani dla tego kraju, ani dla jego ludności. Z ich perspektywy najgorsze dopiero może nadejść…

Na 18 miesięcy przed formalnym zwinięciem sztandarów ISAF i zakończeniem tej wojny dla przeważającej większości państw NATO, sytuacja strategiczna w Afganistanie nie wygląda najlepiej. Szczerze rzecz ujmując, sprawy mają się dziś znacznie gorzej, niż na samym początku konfliktu, ponad dekadę temu. Siłom międzynarodowym, wspieranym przez potężne dziś liczebnie agańskie rządowe formacje bezpieczeństwa, nie udało się nie tylko pokonać zbrojnej rebelii, kierowanej przez Ruch Talibów, ale nawet znacząco jej osłabić i tym samym zmusić do podjęcia rokowań politycznych. Pod względem militarnym, to talibowie są dziś stroną posiadającą inicjatywę strategiczną, dyktującą warunki tej wojny. A że wojna ma charakter asymetryczny, partyzancki, to i jej logika jest prosta i brutalna – rebeliantom, aby wygrać, wystarczy fakt, że… nie przegrali. Ani też, że nie zostali osłabieni, rozbici, zmuszeni do ucieczki z kraju i działania wyłącznie spoza jego terytorium. Co więcej – efektywnie kontrolują dziś już ponad połowę obszaru państwa, gdzie ustanawiają własną administrację, pobierają podatki, sprawują władzę sądowniczą (opartą o szariat) i werbują rekruta. Siły ISAF, redukujące swą skalę zaangażowania i z niecierpliwością wypatrujące daty końca misji, mogą się już tylko bronić, sporadycznie dokonując lokalnych działań zaczepnych, nie mających żadnego znaczenia dla ogólnego, strategicznego obrazu wojny. Od kilku miesięcy obowiązuje już zresztą nowa strategia sił NATO, zakładająca skupienie się na działaniach o charakterze antyterrorystycznym, kosztem klasycznych, „kinetycznych” operacji bojowych. Niestety, nie da się jednak wygrać regularnej wojny przy użyciu taktyk antyterrorystycznych; te są dobre dla policji, jednostek ochrony i służb bezpieczeństwa, ale nie dla liniowych jednostek armii na froncie.

W sensie politycznym, talibowie afgańscy są dziś silniejsi, niż w 2002 roku, kiedy ogłosili podjęcie walki o odzyskanie władzy w Kabulu, utraconej w wyniku amerykańskiej interwencji rok wcześniej. Wtedy mogło to budzić śmiech, ale obecnie Ruch Talibów to prężny, dobrze zorganizowany i sprawnie kierowany ruch, który konsekwentnie i wytrwale dąży do obranego przez siebie celu, jakim jest odtworzenie Islamskiego Emiratu Afganistanu – bytu państwowego, jaki istniał w tym kraju w latach 1996-2001. Nic więc dziwnego, że rebelianci nie są zainteresowani podjęciem poważnych rozmów o pokojowym uregulowaniu konfliktu – wszak wynegocjowany przy stole rokowań pokój musiałby mieć formę jakiegoś kompromisu i stanowić faktyczne uznanie przez rebelię prawomocności obecnego rządu w Kabulu. To zaś nie wchodzi w grę: talibowie wiedzą, że mają bardzo realne szanse na wygranie tej wojny po 2014 roku, gdy w Afganistanie pozostanie zaledwie kilka, kilkanaście tysięcy zachodnich instruktorów, doradców i żołnierzy sił specjalnych. Z perspektywy talibów jakiekolwiek negocjacje z Amerykanami, a zwłaszcza z „marionetkami niewiernych”, jak nazywają zasiadające obecnie w afgańskiej stolicy władze, są bezcelowe. Po co rozmawiać o czymś, co można łatwo wziąć samemu?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>