Mówiąc głośno o „silent disasters”

Skomentuj
Ulica indonezyjskiego miasta Meulaboh w prowincji Aceh po uderzeniu fali tsunami 30 grudnia 2004 r. Fot. © IRIN
Ulica indonezyjskiego miasta Meulaboh w prowincji Aceh po uderzeniu fali tsunami 30 grudnia 2004 r. Fot. © IRIN

Paulina Pajkiert

Wielkie klęski żywiołowe to ogromne indywidualne dramaty i niebywały szum medialny wokół nich. Współcześnie, dzięki rozwojowi technologii i środków masowego przekazu, często zaledwie minuty dzielą moment wystąpienia katastrofy od chwili pojawienia się wiadomości o niej w nagłówkach portali informacyjnych i społecznościowych.  

Globalna świadomość o najbardziej wstrząsających zdarzeniach kreowana jest niemal natychmiastowo – zdarza się, że dotknięci tragicznymi wydarzeniami sami na bieżąco sprawozdają ich przebieg za pośrednictwem takich narzędzi jak: Skype, YouTube, Facebook czy Twitter. Oczywiste jest jednak, że dostęp do Internetu i jego narzędzi to nadal przywilej wąskiej grupy światowej populacji. Zarazem więc obecność w mass mediach dotyczy jedynie części spośród licznych kataklizmów dotykających codziennie mieszkańców planety. Pozostałe przechodzą lub trwają niemal niezauważone przez zagranicznego odbiorcę albo pojawiają się na czołówkach w najbardziej newralgicznym momencie swego przebiegu – z reguły bezpośrednio po zaistnieniu bądź gdy liczba ofiar przekroczy próg dramatu – po to, by wkrótce zniknąć ustępując miejsca nowszym, świeższym, ciekawszym doniesieniom. Tego rodzaju klęski to tak zwane silent disasters lub forgotten disasters – ciche bądź zapomniane kryzysy, których ofiary cierpią i walczą o przetrwanie w odosobnieniu, bez adekwatnego wsparcia i uwagi ze strony społeczności międzynarodowej.

W połowie lutego 2013 w Parlamencie Europejskim w Brukseli przedstawiciele Dyrekcji Generalnej ds. Pomocy Humanitarnej i Ochrony Ludności Komisji Europejskiej (Humanitarian Aid and Civil Protection Department of the European Commission, DG ECHO) i Międzynarodowej Federacji Stowarzyszeń Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca (International Federation of Red Cross and Red Crescent Societies, IFRC) oficjalnie zainicjowali ogólnoeuropejską kampanię dotyczącą silent disasters. Inauguracji towarzyszyła debata panelowa na temat efektywności finansowej, zrównoważonego podejścia do małych i średniej skali katastrof, jak również budowania lokalnej odporności w tym zakresie. Ponad 80 reprezentantów Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Ruchu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca, ambasad, organizacji humanitarnych i agencji informacyjnych uczestniczących w spotkaniu zajęło klarowne stanowisko w kwestii medialnej obecności lub absencji określonych zdarzeń. Dali oni jasno do zrozumienia, że nie chodzi o sam fakt nagłośnienia czy pominięcia danego kryzysu, a raczej o groźne konsekwencje, jakie pociąga za sobą niedostateczne lub nieumiejętne ukazanie tego typu zdarzeń.

Otóż „gdy katastrofa jest nieudokumentowana, niezauważona, istnieje ogromne ryzyko, że będzie to również oznaczać, iż pomoc, która trafi do ludzi będzie mniejsza”. Niestety taką prawidłowość potwierdza praktyka. Jak zauważają autorzy „World Disasters Report 2006 – Focus on neglected crises”, niedostateczna widoczność w środkach masowego przekazu przekłada się na małe zainteresowanie darczyńców, niezadowalające zaangażowanie agencji pomocowych, opieszałość rządów, a w rezultacie – na niewystarczające wsparcie dla najbardziej potrzebujących. Przykładowo, po potężnym i nagłośnionym tsunami u wybrzeży Sumatry z 2005 roku zgromadzono środki, których suma wyniosła około 1241 USD w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W tym samym roku po drugiej stronie skali znalazły się: Gujana, Wybrzeże Kości Słoniowej, Malawi i Niger, które z kolei przyciągnęły niewiele publicznej uwagi i proporcjonalnie niewysokie fundusze, które oscylowały wokół wartości 27 USD per capita.

Poruszywszy aspekt finansowy, zatrzymajmy się przez moment przy pytaniu o źródła donacji humanitarnych. Otóż dwa podstawowe strumienie tej pomocy wypływają od rządów krajowych oraz od aktorów prywatnych. Co do pierwszych, ich udział w globalnym budżecie na cele pomocowe szacuje się na około 12,5 mld dolarów, z czego blisko 95% pochodzi od rządów zrzeszonych w Komitecie Pomocy Rozwojowej (Development Assistance Committee, DAC) przy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organization for Economic Co-operation and Development, OECD). Pięciu największych donorów – Stany Zjednoczone, instytucje Unii Europejskiej, Wielka Brytania, Niemcy i Szwecja – wspólnie dostarcza w przybliżeniu 69% kwoty ogólnej. Mimo że wkład rządów spoza tradycyjnej grupy OECD DAC w łączny budżet humanitarny pozostaje na niewysokim poziomie (5%), Państwa te odgrywają coraz ważniejszą rolę w światowej strukturze humanitarnej, a wpływ krajów, takich jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Chiny jest coraz bardziej znaczący zarówno z ekonomicznego, jak i socjokulturalnego punktu widzenia.

Co do wkładu sektora prywatnego, jest to wypadkowa przekazów od osób indywidualnych, fundacji i korporacji. Pozostaje on relatywnie niewielkim fragmentem całkowitego systemu finansowania kryzysów. Co jednak istotne, w momencie wystąpienia megakatastrofy fundusze prywatne wykazują znaczną tendencję wzrostową oraz są pozyskiwane w sposób szybki i wydajny. Nacisk na tę kwestię położył raport sieci Active Learning Network for Accountability and Performance in Humanitarian Action (ALNAP), który dostrzega, że dzięki rozwojowi technologii i zwiększeniu zasięgu oddziaływania komunikacji masowej, środki prywatne są mobilizowane sprawnie i w znacznych ilościach. Analogicznie do wspomnianej powyżej sytuacji z Sumatry z 2005 roku również wielkie katastrofy naturalne na Haiti i w Pakistanie z 2010 roku miały wielki wpływ na zbiorową reakcję humanitarną w ogóle – zwiększając jej wymiar o 23% w stosunku do roku poprzedniego, a w sposób szczególny znajdując oddźwięk wśród darczyńcach prywatnych. Wkład finansowy tych ostatnich wzrósł gwałtownie w obliczu palącej potrzeby, osiągając 5,8 mld USD, czyli poziom aż o 70% wyższy niż w 2009 roku (2,4 mld USD). Niestety podobną akcelerację i gorliwość można obserwować niemal wyłącznie w odpowiedzi na najbardziej gwałtowne, nieoczekiwane i często bezprecedensowe klęski. Co gorsza, kosztem ubocznym tej hossy i entuzjazmu względem tragedii nagłośnionych jest zepchnięcie w zapomnienie i niedofinansowanie kryzysów chronicznych i nieuwidocznionych przez media.

Uchodźcy czekają na przydział namiotów w zarządzanym przez UNHCR obozie dla uchodźców w Dadaab, na pograniczu Kenii i Somalii. Zdjęcie © IRIN

Uchodźcy czekają na przydział namiotów w zarządzanym przez UNHCR obozie dla uchodźców w Dadaab, na pograniczu Kenii i Somalii. Zdjęcie © IRIN

Przyczyny, dla których dana katastrofa może zostać odsunięta do kategorii forgotten disasters są rozliczne. Według typologii zaproponowanej przez IFRC wyróżnia się następujące kategorie: klęski nieudokumentowane lub udokumentowane niedostatecznie przez światowe media; klęski niefinansowane lub niedofinansowane przez darczyńców, organizacje humanitarne i decydentów; klęski niezarejestrowane w bazach danych lub nieocenione przez agencje humanitarne; klęski wtórne, wywołane przez efekty poboczne, na które rządy, organizacje i społeczności lokalne nie były przygotowane; klęski tajemne – ukrywane z przyczyn politycznych bądź kulturowych przez rząd lub społeczeństwo kraju dotkniętego kryzysem; klęski dwuznaczne, omijane przez zagraniczne rządy i organizacje humanitarne ze względu na kwestie bezpieczeństwa, polityczne, strategiczne lub logistyczne; klęski niezrozumiane – złożone kryzysy, których przyczyny i rozwiązania są nieoczywiste i trudne do pojęcia przez ekspertów i decydentów. Choć klasyfikacja ta nie jest wyczerpująca ani pozbawiona zastrzeżeń, ujawnia role różnych podmiotów – dziennikarzy, darczyńców, sponsorów, organizacji humanitarnych, analityków, rządów czy dotkniętych społeczności – oraz sposoby, w jakie mogą oni zaakcentować, a następnie spróbować poprawić trudną sytuację osób potrzebujących.

Koncept forgotten disasters nie jest nowy i nie powinien być utożsamiany wyłącznie z niedawnym apelem Komisji Europejskiej i IFRC. To wieloaspektowe zagadnienie, którego źródła, przejawy i rezultaty badane były przez organizacje pozarządowe i międzyrządowe oraz aktorów prywatnych. Wśród nich wymienić można Lekarzy bez Granic (Médecins Sans Frontières, MSF) z raportami „Top 10 most underreported humanitarian stories”, Departament Informacji Publicznej Narodów Zjednoczonych (United Nations Department of Public Information, UNDPI) z listą „10 stories the world should hear more about”, a także Reuters AlertNet i „Top 10 forgotten emergencies”. Jednak mimo dostrzeżenia tej złożonej kwestii przez globalnych graczy szacuje się, że nadal ponad 90% katastrof pozostaje niezauważone przez szersze grono odbiorców.

W zbiorowej pamięci nadal żywe są obrazy z dotkniętego trzęsieniem ziemi Haiti, ze zniszczonej tsunami Japonii w 2011 roku czy z Ameryki nawiedzonej przez huragan Sandy w 2012 roku. Ale bądźmy szczerzy, jak wielu z nas interesuje się aktualną sytuacją Haiti? Czy zdajemy sobie sprawę z faktu, że 6,7 mln osób – co stanowi około 2/3 całej populacji kraju – żyje nadal w urągających warunkach, gnieżdżąc się w tymczasowych barakach zastępujących rodzinne domy, wśród chorób, niedostatku i ograniczonego dostępu do żywności? Czy jesteśmy świadomi, że w samym tylko 2011 roku, gdy zasobny rząd Japonii odbudowywał infrastrukturę po narodowej tragedii, na świecie miało miejsce 336 innych katastrof naturalnych, które pochłonęły życie tysięcy i dotknęły miliony ludzi? Albo czy nie kojarzymy dewastującej siły huraganu Sandy głównie ze zniszczeniami dokonanymi na niewielkim obszarze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, zapominając przy tym o śmiertelnych konsekwencjach i olbrzymich stratach, jakie kataklizm ten spowodował na Karaibach? Wszak pustosząc Kubę, Dominikanę, Haiti, Jamajkę i Bahamy doprowadził do śmierci 135 osób oraz spowodował zniszczenia o wartości stanowiącej znaczną część budżetów tych krajów. W końcu, czy wiemy, że w obecnie z powodu kryzysu żywnościowego cierpi około 2 mln mieszkańców Malawi (12% populacji) oraz 725 tysięcy osób (1/3 kraju) w Lesotho? Prawdopodobnie twierdzących odpowiedzi na powyższe pytania mogą udzielić głównie ci, którzy wnikliwiej interesują się tematyką humanitarną. Zdecydowana jednak większość społeczności międzynarodowej zna wyłącznie te wycinki historii, które zostały podane – w atrakcyjnej oprawie, przy której forma częstokroć przerasta treść – przez masowe środki przekazu. Niestety potwierdza się pesymistyczna diagnoza IFRC, że im jaśniej świecą reflektory nad katastrofami nagłymi, rzadkimi, o ogromnych rozmiarach i wysokiej widoczności medialnej, tym głębiej w cień usuwają się chroniczne – i często bardziej śmiertelne – kryzysy humanitarne.

W ramach kampanii zainaugurowanej na początku bieżącego roku DG ECHO, IFRC i jedenaście stowarzyszeń krajowych Czerwonego Krzyża „podkręca głośność” cichych katastrof. Katastrof, które umykają opinii publicznej i międzynarodowym donatorom, gdyż są zbyt małe, niewidowiskowe, politycznie niewygodne czy przyćmione przez inne kryzysy. Katastrof, które w nadchodzących latach prawdopodobnie będą coraz częstsze, groźniejsze i kosztowniejsze wskutek zmian klimatycznych, degradacji środowiska, intensywnej i nieprzemyślanej urbanizacji (szacuje się wszak, że do 2015 roku liczba osób dotkniętych klęskami żywiołowymi osiągnie blisko 375 mln, co stanowić będzie 70% wzrost w stosunku do chwili obecnej). Katastrof, które umownie nazywa się cichymi, ale które w rzeczywistości dla wspólnot dotkniętych danym kataklizmem nie mają nic wspólnego z cichością – dla społeczności tych nie jest bezgłośnym ani potężny wiatr zrywający dachy domów, ani ulewny deszcz doszczętnie niszczący plony, ani krzyki rannych, ani płacz przerażonych.

Partnerzy przytoczonej powyżej inicjatywy zilustrowali dwanaście dotkliwych kryzysów, które tlą się niezauważone przez globalnych odbiorców. Uwzględnili Bangladesz (burze tropikalne), Burkina Faso (bezpieczeństwo żywieniowe), Burundi (powracający uchodźcy), Kambodżę (powodzie i dostęp do żywności), Ekwador (powodzie), Salwador (gorączka krwotoczna denga), Karaiby (huragan Sandy), Mongolię (ekstremalnie niskie temperatury), Tadżykistan (trzęsienie ziemi), Południową Afrykę (kryzys żywnościowy i epidemia HIV/AIDS), Ugandę (epidemia cholery) i Wietnam (wirusowy zespół dłoni, stóp i ust). Choć wymienione klęski to tylko niewielki odsetek problemów, stanowią symptomatyczny przykład tego, jak często marginalizowane są dwa konkretne typy kryzysów: te o niewielkiej skali, cykliczne i pojawiające się nagle – jak lokalne powodzie, osuwiska i pożary, a także te, które mają olbrzymi zasięg, ale są chroniczne lub powtarzają się okresowo i narastają stopniowo – przykładowo susze, głód, konflikty, epidemie. Okazuje się, że oba wspomniane rodzaje mają mały potencjał medialny, w związku z czym padają ofiarami tzw. CNN effect – są nagminnie marginalizowane przez agencje informacyjne i – w związku z tym – ignorowane przez nieświadome społeczeństwo globalne.

Problem „zapomnianych katastrof” jest złożony. W celu stawienia mu czoła niezbędna jest przemyślana i koherentna polityka w zakresie komunikowania i upowszechniania informacji o klęskach żywiołowych z jednej strony oraz pozyskiwania i dysponowania środkami na zwalczanie ich przyczyn i skutków z drugiej. Media winny być bardziej świadome własnego odziaływania w tym obszarze i w sposób odpowiedzialny podchodzić do swej misji. Widz powinien uważniej i dogłębniej śledzić doniesienia ze świata, a zarazem rozsądniej wybierać cele, na które przekaże wsparcie finansowe. Rządy i agencje koordynujące przepływ pomocy humanitarnej muszą z kolei konstruować budżety zgodnie z realnymi potrzebami, gwarantując sprawiedliwą dystrybucję finansów. Ponadto należałoby pójść o krok dalej i zbliżyć się do źródeł forgotten disasters, proponując przedsięwzięcia, które oprą się na aktorach lokalnych, które uczynią kruche, nieodporne na klęski wspólnoty silniejszymi i mniej podatnymi na kryzysy i wreszcie – które przesuną punkt centralny z odpowiedzi na zaistniałe wypadki do przygotowania na zapobieganie i stawienie czoła ewentualnym kataklizmom.

Dr Bildard Baguma z Ugandyjskiego Czerwonego Krzyża wyróżnia dwa rodzaje „cichych katastrof”: te, które nigdy nie trafią do aktualności i te, które pojawią się w cyklu wiadomości przez 24 do 48 godzin, zanim zostaną odsunięte na boczny tor przez inne. Aby zapobiec zgubnym skutkom takiej prawidłowości, potrzebna jest zasadnicza zmiana mentalności i praktyki. Powinno się głośniej mówić o aktualnych silent disasters pamiętając jednak, by podkręcając głośność jednych nie zagłuszyć jednocześnie innych.

 

Paulina Pajkiert jest specjalistą ds. Upowszechniania Międzynarodowego Prawa Humanitarnego w Polskim Czerwonym Krzyżu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>