Cztery lata dramatu w Syrii – rozmowa z Wojciechem Wilkiem

Skomentuj

Syryjskie dziecko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mija czwarty rok wojny domowej w Syrii. „To jest największa katastrofa humanitarna od czasów II Wojny Światowej. To nie przesada” – ocenia dr Wojciech Wilk, szef Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, ekspert od spraw Bliskiego Wschodu. Społeczność międzynarodowa może ciągle zrobić więcej, by ograniczyć kryzys.

 

W marcu 2011 roku od pokojowych demonstracji wszczętych przeciwko rządom Baszszara Al-Assada rozpoczął się syryjski konflikt, który w krótkim czasie przerodził się w wojnę domową. Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych ten konflikt pochłonął już 220 tysięcy ofiar. Swoje domy musiało opuścić 9 milionów osób, a niemal 4 miliony uciekło z kraju do Libanu, Jordanii, Turcji, ale i Europy. Świat obiecywał, że zrobi wszystko, by pomoc dotarła do jak największej liczby osób. Nic nie wskazuje na to, by wojna mogła rychło się skończyć. Tymczasem dzisiaj dramat Syryjczyków schodzi na dalszy plan i jest tłem dla wiadomości o ekspansji Państwa Islamskiego.

***

15 marca 2011 rozpoczęły się masowe protesty Syryjczyków przeciwko brutalności rządu, poprzedzone wcześniejszymi niepokojami oraz falą określanych Arabską Wiosną Ludów buntów w Tunezji, Algierii czy Egipcie. Czy jakieś przesłanki mogły wskazywać, że wojna w kraju potrwa tak długo? Czy ktoś przewidział, że konflikt syryjski doprowadzi do takiej sytuacji jak teraz?

Dr Wojciech Wilk: Przed wybuchem rewolucji w Syrii uczestniczyłem w przygotowaniu przez Organizację Narodów Zjednoczonych tzw. planów ewentualnościowych (contingency plans) dla Syrii, które określały, co ONZ powinien zrobić w przypadku różnych scenariuszy: wojny, trzęsienia ziemi i innych katastrof. Praktycznie nie było oznak nadciągającej wojny i katastrofy humanitarnej, dlatego ani ONZ, ani obecni w Damaszku dyplomaci nie mogli ich dostrzec. Represje ze strony wszechwładnych sił bezpieczeństwa były na poziomie najniższym od lat. Prezydent Baszszar Al-Assad zdawał się cieszyć dużym społecznym poparciem. Pracowałem od 2008 roku przy koordynacji pomocy humanitarnej dla osób dotkniętych suszą oraz dla setek tysięcy uchodźców z Iraku. Syria cieszyła się dobrym, choć nierównomiernie rozłożonym, wzrostem gospodarczym. Z perspektywy tych czterech lat widać, że jednym z czynników sprzyjających wybuchowi rewolucji w Syrii była właśnie ogromna susza, bo wskutek tej katastrofy 1,5 miliona ludzi musiało przenieść się z rolniczych terenów wschodniej Syrii do miast w zachodniej części kraju. Ta ogromna i w znacznej części niekontrolowana migracja przyczyniła się do radykalizacji nastrojów.

Można było tego uniknąć?

WW: To nie przypadek, że Dera’a i przedmieścia Damaszku, szczególnie miasto Douma, stały się pierwszymi miejscami antyreżimowych demonstracji i brutalnej odpowiedzi ze strony władz. Demonstracje, które wybuchły w Syrii w marcu 2011 roku, nie musiały doprowadzić do rewolucji ani do wojny domowej. Pierwsze protesty w mieście Dera’a nawoływały do uwolnienia z aresztu grupy nastolatków, zatrzymanych przez siły bezpieczeństwa za pisanie antyreżimowego hasła Irhab – „wynocha”, znanego z rewolucji w Egipcie. Ci 13-15-letni uczniowie byli po aresztowaniu torturowani, zaś gdy ich rodzice domagali się uwolnienia dzieci, na żądania te odpowiedziano ogniem. Władze w Damaszku nigdy nie miały w zwyczaju negocjować ze społeczeństwem. Takie postępowanie nakręciło spiralę demonstracji i ofiar, która doprowadziła do pojawienia się grup zbrojnych i wojny domowej.

Czy z Pana punktu widzenia jest z kim rozmawiać po stronie rebeliantów względem rządu w Damaszku, by w jakikolwiek sposób zakończyć konflikt i zaprowadzić pokój?

WW: W Syrii obecnych jest około 1000 różnego rodzaju grup zbrojnych, których jedynie część teoretycznie uznaje zwierzchność wywodzących się z szeregów opozycji władz emigracyjnych (Syryjska Koalicja Narodowa na rzecz Opozycji i Sił Rewolucyjnych), co powoduje, że możliwość przekazywania decyzji tych władz na poziom kraju jest minimalna. Brak wpływu emigracyjnych władz syryjskich na sytuację wewnętrzną kraju sprawia, że przestają one być partnerem do rozmów dla społeczności międzynarodowych. Jednocześnie oznacza to, że po stronie antyrządowej takich partnerów nie ma, gdyż innymi organizacjami, walczącymi z rządem są lokalna przybudówka Al-Kaidy w Syrii – front Dżabhat an-Nusra oraz Państwo Islamskie. Te z kolei ze względu na swój ekstremizm i totalnie antypaństwowe i antyzachodnie nastawienie nie są partnerami dla krajów Europy czy Stanów Zjednoczonych.

We wszystkich krajach ościennych Syrii działa wiele organizacji pozarządowych dostarczających uchodźcom żywność, lekarstwa, edukację, budujących obozy, chroniących dzieci, zapewniających dach nad głową. Jest też jednak wiele sygnałów, które wskazują, że ta pomoc wciąż nie jest wystarczająca. Czy światowe organizacje oraz rządy innych państw podjęły należyte wysiłki, by powstrzymać lub przynajmniej załagodzić skutki tak ogromnego kryzysu humanitarnego, z jakim mamy obecnie do czynienia?

WW: Sytuacja humanitarna w samej Syrii jest inna niż wśród uchodźców poza granicami kraju. W Syrii sytuacja jest fatalna i stwierdzenia, że jest to największa katastrofa humanitarna w historii świata po II Wojnie Światowej nie jest żadną przesadą. Ponad 9 mln Syryjczyków – prawie połowa ludności kraju – musiało uciekać z domów, z czego już prawie 4 mln przekroczyło granicę swojego kraju. Zniszczona lub uszkodzona wskutek walk jest 1/3 domów. A prawie 10 mln z 22 mln mieszkańców tego kraju potrzebuje jedzenia i innej pomocy.

Największym problemem w Syrii jest obecnie brak międzynarodowej kontroli nad dystrybucją pomocy humanitarnej. To konieczne z uwagi na fakt, że dostarczana pomoc musi być neutralna i niezależna, powinna wspierać osoby w potrzebie niezależnie od strony frontu, po której się znajdują. W wojnach domowych pomoc humanitarna staje się często narzędziem politycznym: otrzymują ją społeczności wspierające daną frakcję, zaś dla ludności jej przeciwnej dostęp do darów jest blokowany. Na terenach pod panowaniem sił rządowych, pomoc humanitarną rozdzielają miejscowe władze oraz powiązane z nimi organizacje, przez co ogromnie ciężko jest zapewnić, by trafiła ona do najbardziej potrzebujących, a nie np. do rodzin popierających rząd w Damaszku. Ze względu na ogromny podział sił opozycji prowadzenie jakichkolwiek działań pomocowych na tych obszarach wymaga negocjowania dostępu z wieloma organizacjami i frakcjami, co często bywa niebezpieczne. Europejskie i amerykańskie organizacje humanitarne w ogóle nie mogą działać na obszarach gdzie nie-muzułmanom grozi śmierć czyli kontrolowanych przez Państwo Islamskie, pomimo, że we wschodniej Syrii i w dolinie Eufratu sytuacja humanitarna jest tak samo zła i wymagająca pomocy jak wszędzie indziej na terenie kraju. Zagrożenie ze strony Państwa Islamskiego jest największe z pośród wszystkich niebezpieczeństw czyhających na pracowników organizacji humanitarnych na terenie Syrii.

Po to, żeby z pomocą do najbardziej potrzebujących i nie pozwolić na wykorzystania jej do wsparcia stron walczących, dużo organizacji, w tym PCPM, działa poza granicami Syrii. Naszym celem jest zapewnienie Syryjczykom dachu nad głową oraz niesienie pomocy medycznej w północnym Libanie oraz umożliwienie im pozostania tam tak długo, jak to będzie konieczne. To chroni ich również przed aktywnym uczestnictwem w wojnie. W przeciwieństwie do wielu innych organizacji nie tylko wspieramy samotne kobiety z dziećmi, ale także pełne rodziny, by mężczyzna-żywiciel rodziny nie musiał z desperacji szukać „zatrudnienia” u jednej z grup zbrojnych walczących w Syrii. W ciągu ostatnich 2,5 roku udzieliliśmy w ten sposób pomocy ponad 10 tys. osób.

Kiedy zaczynaliście pomagać uchodźcom syryjskim istniała jeszcze nadzieja, że lada moment wojna się skończy, a ludzie będą mogli powrócić do swoich domów? Jak dziś, w porównaniu z początkiem waszej pracy w Libanie, to się zmieniło?

WW: Tych nadziei na szybkie zakończenie konfliktu w Syrii już nie ma. Zastąpiły je rezygnacja i walka o codzienny byt. Od momentu rozpoczęcia naszej pracy w Libanie w lipcu 2012 roku liczba uchodźców syryjskich w tym kraju wzrosła prawie 40-krotnie – od 33 tys. wówczas do 1,2 mln obecnie. W 2012 roku uchodźcy rzeczywiście mieli nadzieję, że za kilka miesięcy wrócą do domów. Mieli też duże nadzieje na życie w nowej Syrii. Wraz z pogarszaniem się sytuacji i sukcesami wojsk rządowych nadzieje te zastąpiła desperacka walka o najmniejsze źródło dochodu. Tak by móc o dzień, o miesiąc, przedłużyć przebywanie we względnie bezpiecznym Libanie. Ale sytuacja w samym Libanie też jest ogromnie ciężka. Ten kraj ma 4,5 miliona mieszkańców, a gości ponad 1,2 miliona uchodźców z Syrii oraz setki tysięcy Palestyńczyków i Irakijczyków. To tak, jakby Polska udzielała schronienia 10-11 milionom uchodźców z Ukrainy czy któregoś z państw bałtyckich. Organizacje humanitarne uważają, że powrót uchodźców może nastąpić tylko w momencie, kiedy będzie on wystarczająco bezpieczny, a powracający nie zostaną narażeni na prześladowania, represje czy śmierć. Takiej sytuacji w Syrii długo nie będzie.

Co w niesieniu pomocy tak dużej liczbie osób jest najtrudniejsze? Skąd macie pewność, że trafia ona właśnie do tych ludzi, którzy potrzebują jej najbardziej?

WW: Były i są dwa największe wyzwania, z którymi musimy się zmierzyć. Nie tylko PCPM, ale także inne organizacje. Po pierwsze ogromna fala uchodźców, przybywająca do Libanu w latach 2013-2014. A po drugie, musieliśmy zrobić wszystko żeby zapobiec popadaniu tych ludzi w skrajne ubóstwo i desperację. W poprzednich latach ani PCPM, ani inne organizacje pomocowe, nie miały możliwości udzielenia wsparcia wszystkim uchodźcom w potrzebie. Ich liczba podwajała się co kilka miesięcy. Gdy napływ uciekinierów do Libanu zmniejszył się pod koniec 2014 roku, naszym największym wyzwaniem stało się jak najlepsze gospodarowanie bardzo ograniczonymi środkami, tak, by jej odbiorcy wykorzystali wsparcie do usamodzielnienia się w nowym środowisku, a nie traktowali jak pomoc społeczną.

Program PCPM, który skupia się na opłacaniu czynszów za wynajmowane przez Syryjczyków mieszkania i w ten sposób zabezpieczający im dach nad głową, jest dobrym przykładem tych wyzwań. Wprawdzie zwiększyliśmy liczbę odbiorców naszej pomocy ośmiokrotnie, jednak ze względu na 40-krotny wzrost liczby uciekinierów w Libanie, od zeszłego roku jesteśmy zmuszeni obniżać wysokość zapomóg. Dodatkowo borykamy się ze skutkami zmniejszania pomocy dla uchodźców przez inne organizacje. Dla przykładu, w grudniu zeszłego roku czyli zaledwie trzy miesiące temu, ONZ zmniejszył pomoc żywnościową dla setek tysięcy uchodźców w Libanie. Rodziny, którymi się opiekujemy, musiały wykorzystać na zakup jedzenia pieniądze, dotychczas przeznaczone na wodę użytkową, ogrzewanie lub lekarstwa.

 

A co teraz? Jaka dalej będzie albo może wyglądać ta pomoc? Jeśli nie ONZ, to czy rządy krajów albo prywatni darczyńcy mogą być w takiej sytuacji jedyną deską ratunku?

WW: Jest rzeczą naturalną, że pomoc dla kraju dotkniętego wieloletnią wojną domową z czasem będzie się zmniejszać, ponieważ zawsze pojawiają się nowe kryzysy i wyzwania. Dla przykładu, w roku 2014 Rząd RP przeznaczył na pomoc dla uchodźców syryjskich w północnym Libanie kwotę 2,5 mln zł. Niestety w między czasie, zdecydowanie bliżej Polski – na Ukrainie, pojawiły się równie duże potrzeby niesienia pomocy humanitarnej. Zatem kryzys u naszych sąsiadów zapewne wpłynie na zaangażowanie się polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w pomoc dla uchodźców syryjskich. Warto jednak zaznaczyć, że nawet jeżeli to finansowanie z roku na rok będzie się zmniejszać, dla organizacji humanitarnych niosących pomoc Syryjczykom bardzo ważna jest stabilność finansowania, która pozwala nam stopniowo redukować koszty i pomagać uchodźcom w usamodzielnianiu się. To lepsze niż pozostawienie tych ludzi nagle, często z dnia na dzień, bez żadnej opieki.

Zarówno w Syrii, jak i w krajach z nią sąsiadujących, potrzeby pod kątem pomocy humanitarnej zwiększają się w zimie. W tym roku w północnym Libanie kilka razy spadł śnieg. Dla porównania w Warszawie czy innych polskich miastach nie było go prawie w ogóle. Nie trzeba dużej wyobraźni by zrozumie co takie warunki oznaczają dla uchodźców mieszkających w namiotach lub nieukończonych budynkach, bez okien czy drzwi. Dlatego PCPM dostarcza im koce, piece oraz opał na zimę. To jednak ciągle za mało i podczas najchłodniejszych miesięcy potrzebne są bardziej kompleksowe działania: zabezpieczenie dachu nad głową czy dostęp do opieki medycznej, by zapobiec chorobom i śmierci z wyziębienia.

Jest ogromnie ważne by państwa finansujące taką pomoc, w tym i Polska, miały mechanizmy pozwalające na przekazywanie środków właśnie w styczniu, lutym i marcu, gdy potrzeby są największe. Jednocześnie liczymy na wsparcie osób prywatnych, których środki w całości przekazujemy najbiedniejszym rodzinom uchodźców syryjskich, pozostającym pod naszą opieką w północnym Libanie.

W apelach o pomoc dla potrzebujących słyszymy, że brakuje wody, jedzenia, lekarstw, ubrań czy koców. Z drugiej strony organizacje zaznaczają, że koszty wysyłki pomocy rzeczowej nierzadko przerastają wartość przekazywanych darów. W jaki sposób więc przeciętny obywatel, Europejczyk, Polak może pomóc i jak ta pomoc przekłada się na konkretnego uchodźcę?

WW: Wielu Polaków chce nieść pomoc humanitarną przekazując koce czy używane ubrania. Choć jest to bardzo szlachetne, taka pomoc rzeczowa niesie za sobą bardzo duże koszty transportu i opłat celnych, na którą organizacje pomocowe nie są przygotowane. Dodatkowo, po czterech latach kryzysu uchodźców syryjskich na Bliskim Wschodzie, prawie wszystkie rodziny uciekinierów są odpowiednio zaopatrzone w materace, piece, koce i ubrania. Nie potrzebują one nawet suchej żywności, gdyż często spożywały ją przez wiele miesięcy.

Pomoc materialna, rzeczowa, jest potrzebna w początkowej fazie kryzysu humanitarnego. W chwili obecnej, po czterech latach wojny domowej w Syrii, jesteśmy w fazie kryzysu długotrwającego (tzw. protracted emergency), gdzie uchodźcy mogą czekać nawet jeszcze kilka lat na powrót do swoich domów. Uciekinierzy potrzebują stosunkowo niewielkich środków – rzędu 100-150 dolarów na miesiąc – by móc głównie opłacić wynajem mieszkania oraz pozostać we względnym bezpieczeństwie północnego Libanu. Te niewielkie jak na zachodnie możliwości środki mogą uchronić ich od popadnięcia w skrajne ubóstwo w kraju, w którym ze względu na ogromną liczbę uchodźców bardzo ciężko znaleźć źródło dochodu. Niestety istnieją obawy, że bardzo ciężkie warunki życia w Libanie oraz brak pieniędzy zmuszą część osób do powrotu na teren objętego wojną kraju. Nieustannie staramy się temu zapobiegać, ponawiając jednocześnie apele do donorów publicznych i prywatnych, by nie zapominali o kryzysie humanitarnym spowodowanym wojną w Syrii.

Uchodźcom, którymi opiekuje się PCPM, wydajemy karty bankomatowe, na które przelewamy środki na opłacenie czynszów. Na te same karty przekazujemy pieniądze od osób z Polski, chcących wesprzeć takie rodziny. Jako jedyna polska organizacja humanitarna obecna na stałe na granicy syryjskiej mamy nadzieję otoczyć ich opieką do momentu – oby jak najszybszego – gdy będą mogli bezpiecznie powrócić do domu.


Warning: printf() [function.printf]: Too few arguments in /home/biz-website/ftp/infoswiat/wp-content/themes/netforms/content-single.php on line 81

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>